sobota, 14 stycznia 2012

Gniazdo zimy

Stanisław Witkiewicz Widok tatrzański - gniazdo zimy

Zakopane, 2 kwietnia 1906

Mój Staśku drogi!
Śnieg sypie się jak z worka. Lasu z mego okna nie widać i ledwo majaczeje wieża na podlasiu. Zima taka, kajżeby miała zamiar trwać jeszcze kilka miesięcy. Pod Gubałówką w tej masie śniegu płynie szeroko woda, której już przybyło po uprzednich roztopach. Ski znowu w użyciu. Ja maluję to Gniazdo zimy, więc z jednej strony, mam satysfakcję patrzenia na te zaspy i notowania ich w pamięci, ale z drugiej, wolałbym już nie widzieć żywego śniegu, tylko ten mój wyobrażony, bo ta ciągła zmienność natury zachwiewa obrazem. Śnieg to jest n + 1 barwnych motywów i motywów formy, modelacji i trzeba w obrazie się zdecydować na coś i konsekwentnie pewien motyw przeprowadzić. Teraz jestem zdecydowany. Ale musiałem przez te parę tygodni odbyć ogromną drogę, już dawniej odbytą, na nowo, żeby zostać malarzem. Te długie przerwy chronią wprawdzie od maniery, ale odzwyczajają od wyobrażania i człowiek  przychodzi do obrazu bardziej z myślą niż  z wyobrażeniem barwnym. Więc przeżywa się dużo klęsk. Bardzo czekam TWego przyjazdu i Twego zdania.


Stanisław Witkiewicz, Listy do syna, PIW, Warszawa 1969, s. 242.

Czytam Witkiewicza Listy do syna. Ponad osiemset stron listów pisanych przez kilkanaście lat, czasem nawet codziennie, świadectwo ogromnej mądrości, indywidualności twórczej, zapis procesu kształtowania duchowego młodego człowieka przez niezwykłego ojca-przyjaciela-mistrza. Program kierowania, kształtowania umysłu, otwierania dróg. Opis polemiki, nieodzownego buntu i starcia dwóch wielkich indywidualności. Witkiewicz-ojciec to umysłowość najwyższej próby, człowiek niezwykłej wrażliwości i niezłomnej sile ducha - cóż, kiedy system szkolnictwa, z którym tak zaciekle walczył, wpisuje go po latach automatycznie w kategorię młodopolskich malarzy, publicystów, teoretyków sztuki. Taki starzec w pelerynie, zakopiański krewny Przybyszewskiego, tyle że bardziej nudny. Ojciec Witkacego, tak. Dobrze jeszcze, jeśli kojarzy się go ze stylem zakopiańskim. Ironia losu!

Jak dobrze, że udało mi się odkryć ten niezwykły umysł, ogromną inteligencję - nie cyniczną a współczującą. Przenikliwość spojrzenia na sztukę, na malarstwo, ludzi, na ludzkie życie budowane jak dzieło sztuki - lecz nie w oderwaniu od życia. I co mogę dodać jeszcze? Wdzięczna jestem czytelniczemu przypadkowi, który od czytania Witkacego pokierował mnie ku tym listom. To już czwarty czy piąty wieczór... a jeszcze tyle przede mną. Ścieżki umysłu, podróże w czasie. Są tu oczywiście moje Tatry i Zakopane, jakiego nigdy nie widziałam i nigdy nie zobaczę, bo zniszczone już przez ludzką głupotę i nieuchronną trywializację, zbydlęcenie życia. Jest i Kraków... ale jaki! Jak wspaniale jest widzieć go oczyma pisarza, artysty, po prostu człowieka tego formatu! Jeśli znajdę czas na internet i tę pisaninę, która wydaje mi się coraz bardziej pozbawiona wartości - to zacytuję kiedyś krakowskie fragmenty Listów. Książka jest opatrzona ogromną ilością przypisów - komentarze Anny Micińskiej i Bożeny Danek-Wojnowskiej to wręcz książka w książce, są wspaniałym uzupełnieniem, źródłem rzetelnej wiedzy o miejscach, ludziach, wydarzeniach.

Dlaczego dziś nie wydaje się TAKICH książek? Dlaczego nie wydaje się książek w TAKI sposób?

Tymczasem przyszła zima, Kraków bardziej odległy niż zwykle, ale - gdy mam taką książkę i tyle jeszcze innych, do których ona prowadzi - to już nie jest takie złe. Chodzę na długie spacery, obserwuję świat, malarską zmienność świata i światła i śniegu. Bez myśli, która te obrazy (tzn. moje zimowe zdjęcia) unosi, wydadzą się pewnie puste i płaskie - ale dla mnie, gdy tak maszerowałam dziś przez pola, przez zamieć, zawieję, kurniawę - każdy obraz śniegu, każde załamanie światła, matowość i blask, rozkład barwnych plam - to wszystko było ILUSTRACJĄ tych niezwykłych listów, które ojciec-malarz i filozof pisał do syna-genialnego improduktywa ku jego rosnącej irytacji - a które dotarły do mnie, po ponad stu latach (przez jaką ironię losu muszę żyć tu i teraz?) i trafiły prosto w serce.

Przepraszam, że nie bywam już tak często na zaprzyjaźnionych blogach. Porwała mnie ta książka, ta zima i jestem (chwilowo? na dłużej?) stracona dla blogowego życia. Nie chcę zostawiać zdawkowych komentarzy, nie chcę, żeby to wszystko stało się powierzchowne. Czas jest cenny. Muszę zastanowić się nad tym prawdziwym, realnym życiem, muszę je przebudować, póki jeszcze jest po temu czas. Zbudować "więźbę ducha" jak mawiał Witkiewicz. Porzucić rozproszenie myśli, skonsolidować, umocnić to, co najważniejsze. Uchwycić istotność życia.

To oczywiście nie jest pożegnanie! Ani jakaś teatralna kokieteria, żaden ze mnie "demon trzeciej klasy"... To będzie tylko, jak sądzę, niedługa przerwa - na wyciszenie, myślenie, czytanie, na "rozmowy istotne" prowadzone z autorem/autorami tej czy innych książek, z samą sobą. Chciałam to wyjaśnić, by moje milczenie Was nie martwiło. Gdyby ktoś chciał do mnie napisać - adres pozostaje bez zmian.

Bądźcie zdrowi! Niech Wasze dni będą jasne!


 Śnieg to jest n + 1 barwnych motywów, motywów formy i modelacji:




    


 

 

 


niedziela, 8 stycznia 2012

Inna zima. Wspomnienie.

Przeglądam zdjęcia z poprzednich lat. Kiedyś zimy w Krakowie wyglądały jakoś bardziej zimowo. 
Zdjęcia sprzed roku, a dokładnie z 2 grudnia 2010 roku. Pierwszy śnieg spadł wtedy 30 listopada. Z dedykacją dla miłośników zimy :)
Krakowski Rynek zimą - kościół św. Wojciecha i wieże Mariackiego

Św. Wojciech i kościół Mariacki - taki kadr tylko zimą lub jesienią gdy opadną liście
Kiermasz świąteczny na Rynku i cała massa (jak mawiał Witkacy) śniegu


Może nie brakuje mi zimy, ale słonecznych dni - bardzo!

Św. Wojciech po raz kolejny - w pięknym zimowym świetle

Kościół św. Wojciech po raz ostatni - detal

Rynek cały w śniegu i oczekiwanie na krakowskie szopki - to był dzień konkursowego pokazu szopek

To oczywiście Sukiennice - kula z "listem do przyszłości" (Akt Odnowienia Muzeum Narodowego i in. dokumenty umieszczone tutaj 17 września 2010 r.)

Odśnieżanie dachów kamienic przy ulicy Grodzkiej

Otwarta puszka Pandory? ;)


Kościół Bernardynów zamyka perspektywę Grodzkiej

I jeszcze raz kościół Bernardynów a na pierwszym planie śnieżne pole u wylotu Grodzkiej

Zimowa Wisła, zmarznięte i głodne ptactwo

I na koniec: widok z mostu Grunwaldzkiego (pamiętam jak strasznie zmarzły mi ręce :)
Dziś wertowałam znów Pamiętniki krakowskiej rodziny Louisów. Dawniej, panie dziejku, to dopiero były zimy w Krakowie! Czy ktoś ma ochotę poczytać kilka zimowych wyjątków? Proszę bardzo:

[rok 1850, styczeń]

7. Święto Trzech Króli spędziliśmy bardzo przyjemnie. Po południu pojechaliśmy sanną do Zabierzowa z państwem Hahnami i Kwaśniewskim. Wieczór byliśmy u państwa Jędrzejowskich. Towarzystwo było bardzo zżyte z sobą i mimo braku miejsca do tańca ochota była tak wielka, że prawie bez przestanku tańczyliśmy prawie do białego dnia.


16. Dziś widzieliśmy ciekawe zjawisko natury na horyzoncie. O godz 9 1/2 rano pokazały się na niebie trzy piękne tęcze. Na ulicach zjawiło się wielu ciekawych. Twierdzą, że to powstaje skutkiem znacznej wilgoci unoszącej się w powietrzu, zwłaszcza że tego rana słońce wzeszło bardzo jasno. BYł to bardzo ciekawy widok. Niektórzy starzy ludzie, którzy przy każdej sposobności lubią coś wywróżyć, powiadają, że pojawienie się tęczy przy mrozie 14-stopniowym* jest zapowiedzią jeszcze ostrzejszej zimy i że w czasie wyprawy Napoleona na Moskwę w roku 1812 takie zjawiska częściej się zdarzały.


24. Od wielu lat nie mieliśmy tak uciążliwej zimy jak obecna. Dziś było 23 stopnie* mrozu. Barometr idzie ciągle bardzo do góry, teraz już wyszedł na 28 i 1/2 stopnia. To zapowiada srogą zimę, a nawet trzęsienie ziemi. Oby nas opatrzność uchroniła od tego nieszczęścia.


25. Batalion austriackiej infanterii przyjechał koleją żelazną dziś rano do nas. Podczas drogi miało 10 żołnierzy umrzeć skutkiem mrozu.


30. Obecnie widzimy, jak już druga zima w tym okresie się kończy. Wczoraj nastąpiła gwałtowna zmiana temperatury. Rano było 24 stopnie* mrozu, a wieczorem tylko 6, a potem piękny deszcz jak w maju. Wspaniała sanna momentalnie skończyła się.

Pamiętniki krakowskiej rodziny Louisów, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1962, ss. 220-226.

* W innych fragmentach pamiętników temperatura podawana jest w skali Réaumura, tutaj co prawda nie jest to wyrażone explicite, ale wydaje mi się, że również w cytowanych fragmentach wartości temperatury podane są w tejże skali, wobec czego przykładowo 24 Réaumura odpowiadać będzie 30 stopniom w skali Celsjusza (jeśli nie pomyliłam się w obliczeniach ;)

sobota, 7 stycznia 2012

Witraż Mehoffera w kaplicy św. Szymona z Lipnicy w kościele Bernardynów

Kościół Bernardynów położony jest tuż pod Wawelem a przecież nie należy do najbardziej znanych krakowskich kościołów, omijany przez wycieczki, leży poza głównymi szlakami turystycznymi - choć w zasięgu ręki. Owszem, gdyby zwiedzać go zaraz po zejściu z Wawelskiego Wzgórza, kiedy ma się jeszcze w pamięci wspaniałość komnat czy katedry, wówczas pewnie nie wyda się ani wybitnym dziełem architektury, ani nie zachwyci bogactwem wnętrz. A tymczasem zawiera dzieła sztuki, o których na pewno warto wiedzieć i które dobrze jest zobaczyć właśnie tutaj - nie w muzeum, ale w miejscu gdzie służą, gdzie po prostu - żyją.

I tak odkryłam witraż projektu Mehoffera.
Przedstawienie apoteozy św. Szymona z Lipnicy. Witraż zaprojektowany przez Józefa Mehoffera wykonano w zakładzie B. Buczka w Krakowie w 1946 r. (te informacje zaczerpnęłam ze strony internetowej Bernardynów)

O Józefie Mehofferze napisano już wszystko - kopiowane po wielokroć informacje krążą sobie a Muzom, powtarzać ich nie będę, niech maturzyści i inni gimnazjaliści nawet tu nie zaglądają ;)
Zamiast tego przytoczę opisanie witraża, jakie znalazłam w bardzo starej książce, bardzo zniszczonej, z oderwaną kartą tytułową. Przyjrzyjcie się szczegółom witrażowego okna i... miłej lektury :)



***

Opisanie witraża szklannego misterney roboty w kaplicy św. Szymona w oknie osadzonego

Chwała najsampierw komu - rzecze Poeta - komu Gloria na wysokościach? Oto na samej-ć górze widnieye Oko boskiey Opatrzności a w źrzenicy jego krzyż Baranka. Owo firmamentem niebieskim nadobnie yest opasane, na którem siedm gwiazd lśniących yako siedm bram Jeruszalaim widnieye i trzy gorejące słońca. POKÓJ yest inskrypcya nad źrenicą umieszczona a popod nią DOBRO czytać się każe. Niżej zasię chóry anielskie na obłokach w czterech rzędach z każdey strony widzieć się dają, w każdem czwórka aniołów modlitwy y pienia anielskie Panu wyśpiewuje. To yest zwieńczenie witrażowego okna, które na podobieństwo bramy ogromney ukształtowane zostało. W samym-ci środku bramy owey Święty Szymon ręce ku Bogu wznosi, oblicze jego smutne y wielce płaczliwe a z ócz łzy płyną gorące. Z ust yego imię JEZUS po trzykroć yest powtórzonem, albowiem wielką cześć święty Szymon żywił do imienia Chrystusowego i po wielokroć głosił je i nabożnie powtarzał czy to modlący się czyli też pracy albo posłudze ubogim oddany. Nad niem WIARA, MIŁOŚĆ y WIEDZA - nadobne białogłowy cnoty owe przedstawiayące pochylają się, jedna serce gorejące w białych dłoniach trzyma, druga Księgę nauk y rozumienia czytać nakazuye a trzecia co pośrodku Wiary przymiot uoasabia, ręce na piersi złożywszy i zamkniętymi oczy ode świata odgrodziwszy się, ku Niebiesiech i światłu Wiary wejrzenie swe kieruye. Płaszcze ich bogate y wielkiey urody, biel najbielszą z Nieba lazurem mieszają yako obłoki a każda z Panien koronę najcudownieyszą na białym czole niesie. Popod niemi Święty w brązowey bernardynów sukience na polu kwiatów przecudnych kędy róże z kolcami cierpienia idem Doloris do krzewu goreyącego podobne. Stopy Świętego w sandały odziane depcą pośród kwiatków innego rodzaju, któren w Polszcze z rzadka yeno widzieć się daye a które w nadmorskiey krainie Flandryą zwaney hodowane są i wiecey złota i drogich kamieni warte niźli by kto mógł imaginować. Takoż je depce święty mąż, na nic mu doczesne świata tego zabawki ku radości prostaczków i płochych dziewek stworzone. Trzy obrazki z lewey yako y trzy z prawey strony świętego są przedstawionemi: młodzieńcy co dopiero nowicyat obrali nad posadzonymi dębami modlitwy Panu zanoszą, wyżej święty przed Królem Jegomością na kolana padłszy, dziękuje i błogosławieństwo królewskie przyjmuje (Szymon był, yako księga zakonna podaye, spowiednikiem Najmiłościwiey Panującego Kazimierza Jagiełłowego syna). Pośrodku kwater szklannych po lewej stronie inskrypcyja takaż:

GDY ŻYŁ
MIĘDZY ŚMIERTELNYMI
ANIELSKI ŻYWOT WIÓDŁ

Po prawey zasię yako w lustrzanem odbiciu:

GDY ZESZEDŁ ZE ŚWIATA
PLEMIĘ LUDZKIE
RÓŻNYMI DOBRODZIEJSTWY
OBDARZA

Po prawey ręce scena w świątyni yakoweyś alboteż w sądzie, znaczenia teyże odczytać nie dane mi było, ze wstydem do tego uchybienia z Niewiedzy płynącego przyznayę się przed wami o wybaczenie prosząc. A popod inskrypcją widnieye święty Szymon w ten straszliwy czas przedstawion kiedy na piękne nasze miasto Zaraza spadła Dżumą zwana y śmierć y zgroza zapanowały pośród mężów y niewiast y dziatek niewinnych. Straszliwe żniwo naonczas zbierała Kostucha a gdybyż nie praca y serdeczne oddanie braci zakonnych i przedewszystkiem Szymona, któren chorych pielęgnował strachu do serca nie przyjmując, tedy gród nasz jeszcze więcey dusz niewinnych śmierci w dań oddać by musiał. Wszelako on-ci życie oddał był nie patrząc korzyści ani ucieczki przed Morowym Powietrzem nie szukając, wszytko opiece nad chorymi poświęcił. A kończąc ninie przydługie witraża opisanie rzekę wam tyle jeszcze, że na samym-ci dole biegnie pas szklanny wielkiey urody, ptaszęta y gołąbki przedstawiający, które w źródlaney wodzie wielce zabawnie się pluskayą, do fontanny przeczystey podfruwając świeżą wodę radości y życia piją. Tako niechaj i w sercach waszych radość będzie a wzruszenie nad pamiątkami godnego życia yako i szlachetney śmierci świętego Szymona. A mnie te słowa piszącego com misterney roboty szklanną historyę Świętego w kościele św Bernardyna popod Mons Wawel w żywości widział takoż i w modlitwach waszych wspomnijcie...

***






***
I tyle powiada dawna księga z opisaniem witraża.
;)

***
Zdjęcia nie najlepsze - oczywiście bez statywu, a do tego dzień nie był słoneczny - wtedy witraże milczą albo tylko niewyraźnie coś szepcą. Mam jednak nadzieję, że nawet taki cichy szept i takie dość marne zdjęcia zachęcą Was do odwiedzenia kościoła Bernardynów, najlepiej wczesno-popołudniową porą w bardzo słoneczny dzień. Wtedy witraż z przedstawieniem św. Szymona na pewno przemówi pełnym głosem!

***

Przeglądając blogowe archiwa znajduję jeszcze jeden witraż Mehoffera, który niegdyś prezentowałam:


witraż Mehoffera Vita somnium breve

Przyznaję, że moja kolekcja witraży wymaga zdecydowanie wzbogacenia, czy może raczej - urozmaicenia, poszerzenia. Wszak jest bogata a nawet - dla mnie - bezcenna, ponieważ znajdują się już w niej dwa absolutnie najpiękniejsze krakowskie witraże - Apollo czyli System Słoneczny i Bóg Ojciec czyli Świat wydobyty z chaosu. Jeśli ktoś nie czytał o nich a może chciałby do nich wrócić - zapraszam:

Bóg Ojciec - witraż Wyspiańskiego z kościoła Franciszkanów
Apollo albo System Słoneczny - witraż Wyspiańskiego z Domu Towarzystwa Lekarskiego
I nie tak wysokiej klasy, ale przecież stylowe i urocze:

witraże w Jamie Michalika
Gdy wrócą znów słoneczne dni postaram się zdobyć więcej witrażowej dokumentacji. Jeśli witraże - to przecież wyłącznie w słońcu! Witraże bez słońca są jak alfabet dawnego języka, którego brzmienie dawno już zatarł czas, witraże bez słońca milczą.

piątek, 6 stycznia 2012

Pożegnanie szopki u Bernardynów

Wracamy znów (z rzadką u mnie konsekwencją) do kościoła Bernardynów pod Wawelem, by dokończyć wirtualny spacer. W ostatni dzień minionego roku uzupełniłam brakujące zdjęcia - ale już nie było tego światła, dzięki któremu barok u Bernardynów wydał mi się wtedy, przed rokiem, tak piękny. Nic dwa razy się nie zdarza, nieprawdaż? Ale to nic, to nic - zdjęcia wnętrza kościoła Bernardynów, przede wszystkim nawy głównej mam słoneczne (dla przypomnienia: tutaj barokowe wnętrza kościoła), szersza dokumentacja będzie musiała poczekać - a czekać warto, bowiem w kościele trwają prace właśnie teraz w nawach bocznych.

Zanim jednak przejdziemy do kaplicy św. Szymona z Lipnicy, by zobaczyć zabytki, relikwie i pamiątki z nim związane, zanim wejdziemy do kaplicy św. Anny, podziwiać rzeźbę z kręgu Wita Stwosza i malarską wizję danse macabre, chciałam dziś pokazać Wam zdjęcia szopki u Bernardynów. Moich stałych czytelników prosząc o wyrozumiałość - wszak o szopce już się tu mówiło, były zdjęcia szopki z ubiegłego roku, była Tokarczuk i jej Bardo... Ale właśnie dziś - w święto Trzech Króli - szopka znika z kościoła Bernardynów, a skoro w deszczowy ostatni dzień roku wybrałam się tam znów specjalnie po to, by ją zobaczyć i by postarać się o trochę lepsze zdjęcia niż w roku ubiegłym, to może nie nadużyję Waszej cierpliwości pokazując jeszcze kilka obrazków. Szopki nie będzie już można podziwiać w najbliższym czasie - dopiero za jakieś dwanaście miesięcy, ale na pewno zasługuje na to, żeby ją w jakiś sposób fotograficznie zatrzymać, utrwalić i pokazać. Jest to wszak - moim bardzo subiektywnym zdaniem - najpiękniejsza krakowska szopka. W tym roku, pierwszego stycznia, widziałam też drugą słynną ruchomą szopkę u Kapucynów i chociaż doceniam odrębność tamtej, historię, patriotyczne nawiązania, to jakoś ta podwawelska, bernardyńska jest dla mnie wyjątkowa.

Na stronie internetowej oo. Bernardynów pojawiła się też galeria zdjęć szopki AD 2011
Moje zadanie było trochę trudniejsze - bez lampy błyskowej, bez statywu, w nie najlepszym oświetleniu (ale za to malowniczym ;) i z oddalenia, a figurki są ruchome- w każdym razie duża część.

Święta Rodzina w stajence, Trzej Królowie pochyleni przed Dzieciątkiem, niedaleko święty Franciszek i ptaki. A wokół toczy się życie: rybacy łowią ryby, inni naprawiają sieci, jest warsztat szewca, jest kuźnia, kobiety czerpią wodę ze studni, ktoś bawi się z dzieckiem. To właśnie te najpiękniejsze, jak czytałam - włoskie figurki. Są też inne, trochę w innej skali, jest też cały szopkowy bestiariusz. Zwróćcie uwagę na... koty :) Zwierzęta, rośliny, cały miniaturowy staw otoczony był roślinnością, ptactwo latające i pływające - a wszystko hałasuje, krzyczy, dźwięczy, stuka, beczy, dzwoni, szemrze i pluska! Z ubiegłego roku nie pamiętałam tej warstwy dźwiękowej, a to świetny pomysł - w każdym razie dzieci były zachwycone. Te całkiem małe, te większe i te ukryte w umysłach bardzo dorosłych ludzi.

A zatem - z dedykacją dla wszystkich dzieci młodszych i starszych ;)
Ruchoma szopka u Bernardynów pod Wawelem:

Tutaj, dzięki sylwetkom ludzi, widać skalę całego przedsięwzięcia!

pokłon Trzech Króli


św. Franciszek i jego "bestiariusz"

Wioska nad wodą: młyn i chatki rybaków. Jedni łowią ryby, inni naprawiają sieci. Plusk wody trzeba sobie wyobrazić :)

chłopiec łowiący ryby

 


I znów wioska rybaków wokół podświetlanej (niestety!) fontanny a w głębi po lewej szałasy pasterskie

Ładna scenka rodzajowa, on bawi się z dzieckiem, ale za chwilę powie: "daj ać ja pobruszę a ty poczywaj" :)
 
Osiołek nie chciał pozować do zdjęcia :)
 
Nie najlepiej widoczne jedne z piękniejszych figurek - kobieta przy studni i ta zajmująca się praniem

Pasterz i jego stado. A wyżej na terasach i wzgórzach piękna architektura: oświetlone domki, wiatraki, dzwonnice

Wielopoziomowa struktura szopki u Bernardynów - przestrzeń trójwymiarowa, głębi dodaje malarski pejzaż w tle

I na koniec szopka Bernardynów w całej okazałości
 


 Dziś miałam opowiedzieć zupełnie o czymś innym - przedstawić wyobrażenia "pokłonu Trzech Króli" znane z krakowskich zabytków, a może jeszcze przytoczyć kilka fragmentów wspomnień znanej już nam rodziny Louisów... ale szopka jakoś domagała się uwagi.
Pamiętajcie o niej za rok!

 
 Szopka u Bernardynów AD 2010/2011

wtorek, 3 stycznia 2012

Powrót

Powrót na ziemię :) Dopiero dziś mogę Was powitać w Nowym Roku, dopiero wczoraj wróciłam na ziemię i w zasięg internetowej sieci a dziś - do codziennego życia. Koniec roku okazał się być nadspodziewanie udany, lubię takie niespodzianki. Decyzja podjęta w ostatniej chwili, nieoczekiwany zbieg okoliczności, zupełnie wbrew planom. I bardzo dobrze!

Udało mi się jeszcze zobaczyć - w ostatni dzień starego roku i w ostatni dzień ekspozycji - wystawę na Wawelu: "Sapiehowie. Mecenasi i kolekcjonerzy" i potrafię o niej opowiadać przez 50 minut albo i dłużej bez przerwy... sprawdziłam wczoraj, po powrocie, dzieląc się wrażeniami. Iście barokowy nadmiar słów :) Widziałam tę wystawę już po raz drugi, teraz dokładniej i uważniej. Ach! Malarstwo! Cranach z "Portretem młodzieńca" i obraz z kręgu Jeana Cloueta. I ten piękny obraz "Bielenie płótna pod Haarlemem" Jana van Kassel, cały w brązach, ochrach, z czerwoną plamką płaszcza w prawym dolnym rogu i tym niesamowitym "vermeerowskim" niebem, skłębione obłoki pędzone wiatrem rzucają cień na ciemną ziemię pokrytą niekończącymi się pasami płócien. I pasy kontuszowe doskonałe w każdym szczególe, każdy w czterech odsłonach, przepych barw i maestria tkackich mistrzów w persjarniach. I karabele, i zbroja husarska, i cudowna karacena. I głownia szabli diamentowej Kara Mustafy, która trafiła na Wawel po tylu perypetiach, godnych meandrów wschodniej opowieści. A przede wszystkiem ten wspaniały zbiór portretów, ślad dawnej świetności, Genelogia Sapieharum - jedyny bodaj zachowany do dziś w całości zbiór portretów przodków arystokratycznej rodziny. 74 portrety szlachetnych antenatów - te realistyczne i te, siłą rzeczy, wyimaginowane. Sam Giedymin się nawet pojawił, a jakże. Cudne XVIII-wieczne zielniki. I Piranesi! A od czasu czytania Kawafisa i potem Yourcenar (Ciemny umysł Piranesiego) jestem tegoż (umysłu? artysty?) wielką wielbicielką. To w największym tylko skrócie - a więcej wrażeń na pewno zapiszę gdzieś dla siebie, żeby nie uleciały tak szybko. Wystawy już w Krakowie nie ma... ale może ktoś wybierze się do Wilna? Będzie tam eksponowana od lutego.

I co jeszcze zdarzyło się w ostatni dzień minionego roku? Uzupełniłam zdjęcia z dwóch czy trzech miejsc, zrobiłam aktualne zdjęcia szopki u Bernardynów - jest jeszcze piękniejsza niż w ubiegłym roku! Odwiedziłam dwa miejsca, w których nigdy jeszcze do tej pory nie byłam - w kaplicy Mariackiej w katedrze wawelskiej - jakoś zawsze była zamknięta, gdy byłam na Wawelu. To ta we wschodnim ramieniu ambitu, na głównej osi katedry. Nagrobek Stefana Batorego widziany z bliska, Santi Gucci, siedziałam w stallach królewskich i starałam się jak najwięcej zapamiętać, zatrzymać. Na sklepieniu renesansowe polichromie Kacpra Kurcza - cudownie i przypadkowo odsłonięte w dramatycznych okolicznościach. Santi Gucci. Renesans. Zachwyt. Musicie mi wierzyć na słowo - o fotografowaniu nie było mowy.

I odwiedziłam jeszcze kościół śś. Piotra i Pawła a w nim (oprócz wspomnień z wieczorów poezji Miłosza) coś całkowicie dla mnie nowego - zwiedziłam krypty. Jak się okazuje bardzo na czasie (choć całkiem przypadkiem) jako że rok 2012 został ogłoszony rokiem Piotra Skargi a tenże kaznodzieja właśnie tam spoczywa. I kilka zdjęć wnętrz kościoła - pierwszego barokowego kościoła w Krakowie.

Potem był jeszcze Rachmaninow i wirtualne zwiedzanie Luwru. I moje ulubione Bordeaux zamiast szampana. I powitanie Nowego Roku w miejscu... no, nieoczekiwanym. Myślę, że nikt nie znalazłby odpowiedzi na pytanie, gdzież to Wasz wzór introwertyzmu mógł spędzić pierwsze minuty Nowego Roku. A teraz pewnie z niedowierzaniem oglądacie zdjęcia ;)

Wszystko to było całkowitą improwizacją, plany były inne - ale dobrze, że wyszło właśnie tak. Nie czynię żadnych postanowień na 2012 rok, aby nie kusić losu, a jeśli mogę sobie w chwilach optymizmu pozwolić na jakieś związane z Krakowem marzenia - to takie, by Kraków w nadchodzącym roku był jak najmocniej dla mnie obecny.

A propos planów i postanowień (prawdziwej około-noworocznej plagi) znalazłam bardzo adekwatny fragment w "Księdze ziół" Maraiego. Miłośnikom postanowień poświęcam:

O dobrowolnych ślubowaniach
Te śluby, jakie składamy sobie: "od jutra nie robię tego czy tamtego, żyję tak albo siak, nie zajmuję się tym czy tamtym" - być może należy przemyśleć jeszcze gruntowniej niż przyrzeczenia składane innym ludziom. Bowiem dane komuś słowo możemy odwołać, jeśli widzimy, że świat zmienia się wokół naszego słowa, inaczej sytuują się ludzkie sprawy wokół idei uznanej kiedyś za prawdziwą i wyznawanej dobrowolnie. Prawda również się zmienia. Ale słowo dane sobie znaczy tyle, że zawarliśmy umowę z naszym charakterem, który się nie zmienia, i dlatego nie można zmienić zawartej z nim umowy. Gdy świat wzgardzi nami, bo z jakiejś przyczyny tyczącej kwestii sumienia nie potrafiliśmy dotrzymać danego słowa, to tę wzgardę da się przeżyć, ponieważ z dwóch układających się tron świat wcale nie jest wzorem cnót. Jeśli natomiast oszukujemy własny charakter, to i wtedy da się dalej żyć, ale nasza wewnętrzna postawa będzie niepewna, grzeszna i chwiejna. 

Ale nie o moralnych dylematach miało być dziś, lecz o tym, z jaką radością powitałam Wasze życzenia i dobre słowa na Nowy Rok. Przepraszam, że dopiero dziś odpowiem i podziękuję - za wszystkie podróże, które odbyłam w Waszym towarzystwie. A to przecież rzecz niebagatelna! Podróżowanie jest sztuką, posłuchajcie, co mówi o tym Marai:

 O podróży 
Nie wolno podróżować samemu. Samotny podróżnik wykonuje coś w rodzaju pracy przymusowej. Podróżować można jedynie w towarzystwie taktownym, budzącym zaufanie. Towarzystwo kobiety o duszy wrażliwej i czułej bądź uważnego i cierpliwego przyjaciela uwielokrotnia przeżycia doznawane w podróży, potęguje barwność rzeczy godnych zobaczenia, pomaga zrozumieć to wszystko, co pokazuje nam szlak podróży i sam świat. Bo człowiek tylko w towarzystwie potrafi oglądać i odczuwać świat. Towarzystwo przydaje ludzkiego wymiaru posępnemu czarowi podróży, ustawicznej zmianie. W latach moich wędrówek po świecie często podróżowałem sam, z małym bagażem, zawsze rozgorączkowany, niespokojny, goniący za czymś. Brakowało mi mądrego towarzysza, który by stał przy mnie w trakcie pełnego niebezpieczeństw i niepokojów doświadczania świata, który by mnie ostrzegał, który by dzielił ze mną posępną samotność zajazdów i obyczaje kolei przyprawiające o rozstrój nerwowy. W towarzystwie odpowiedniego człowieka możesz odbyć podróż dookoła świata, a będzie ci się zdawało, że wszystko to trwa jedną chwilę. W pojedynkę jedynie wleczesz się przez świat, nawet jeśli jedziesz ekspresem albo lecisz samolotem. 

Nie wiem, czy mogę się zgodzić ze wszystkimi punktami jego tezy, czasem jego mentorski ton budzi we mnie żywy opór... I tak na przykład ja bardzo cenię sobie również samotne podróże, wędrówki i spacery - wtedy idzie się innym, właściwym tylko sobie samemu tempem, wtedy można poddawać się pomysłom zrodzonym pod wpływem impulsu, nieprzewidzianym zmianom itinerarium (choć dobry towarzysz podróży też mógłby takie zaakceptować). Nie odczuwam samotnych podróży jako czegoś niedoskonałego, czegoś nie-w-pełni przeżytego. Ale przyznajcie - samotni podróżnicy - czy nie zdarza się wam zobaczyć czegoś wyjątkowego, niech to będzie obraz, krajobraz, ulotne wrażenie, i nie pomyśleć wtedy: "jaka szkoda, że * tego nie widzi"? I zamykać obrazy, krajobrazy, ulotne wrażenia w skrzyni pamięci, i wieźć je ze sobą po to, żeby się podzielić...

Dziękuję Wam za wspólne podróże, wyprawy i wycieczki po Krakowie i innych, mniej znanych miejscach i nie-miejscach. Niech Nowy Rok przyniesie Wam - oprócz tego, co najważniejsze - właśnie podróże i radość z podróżowania. Radość z dzielenia się odkryciami, wrażeniami i wspomnieniami. Niech to będą podróże dookoła świata, podróże do ukochanego miasta, do górskich krajobrazów, które zapisały się w sercu zygzakowatą linią i nie dają o sobie zapomnieć. Niech to będą podróże do najbliższego parku z książką, która przeniesie w nowy, nieznany świat. Albo podróże wyobrażone i wyśnione. Niechże te podróże będą samotne - ale tylko wtedy, kiedy potrzebujecie samotności - a jeśli nie, to niech będą to podróże w towarzystwie "duszy czułej i wrażliwej" albo "uważnego i cierpliwego przyjaciela". Tego i Wam i sobie życzę w 2012 roku, który na razie jest czysty jak pierwszy śnieg albo tabula rasa.

A teraz kilka najmniej nieudanych zdjęć z końcówki ubiegłego roku. Powinnam je zatytułować "O tym, jak należy żegnać się z młodością" i przytoczyć trzeci dziś fragment "Księgi ziół"... może przy innej okazji. Na razie młodość nie chce się ze mną pożegnać, choć czas najwyższy. Uparcie coś tam szepcze, że jeszcze nie wszystko stracone, że nie wszystkie drzwi zamknięte, że jeszcze...

Na sztuczne ognie, feux d'artifice, patrzę z jakimś atawistycznym zachwytem, nawet nie próbuję tego racjonalnie wyjaśnić. Niech wystarczy fakt, że - ja, wzór introwertyzmu - wybrałam się specjalnie po to, by je zobaczyć w sam środek niewyobrażalnego tłumu. Tłum - jak to tłum - nie pokazał się z "ludzkiej" strony, za to fajerwerki były dość udane. Czasem dobrze jest pójść za irracjonalnym głosem serca.








A na koniec zdjęcie z innej bajki, z innego dnia, innego spaceru. Dla mnie - jest wspomnieniem samotnego, ale bardzo udanego spaceru. I jest symbolem przejścia - pięknego jak tym pięknym mostem - ze starego roku w nowy. I życzeniem, żeby Kraków...

Wszystkiego najlepszego dla Was, drodzy Czytelnicy, towarzysze moich krakowskich podróży!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...