2009-11-10

Antrakt. Nokturn.

Niechże moi drodzy czytelnicy - znajomi i nieznani - wybaczą kolejną przedłużającą się przerwę i znajdą jeszcze trochę cierpliwości. Dobre wieści są takie, że punkt ciężkości bloga 'Kraków i okolice' przenosi się właśnie z okolic do samego [epi]centrum - wymaga to więcej czasu niż myślałam i jest fascynujące, męczące, radosne i nieco gorzkie - jak gorzkie bywają spełnione marzenia.
Złe wieści - to moje odcięcie od świata. Bez-internetowa klauzura ;) Jeszcze bez internetu w nowym miejscu, a za to w ferworze przygotowań wszelkich i nowych obowiązków - nie mogę na razie odwiedzać Waszych blogów, podobnie jak nie mam czasu, aby prowadzić mój. W kafejkach internetowych - to byłaby ostateczność.

Właśnie przy tej okazji zaobserwowałam dwie niepokojące sprawy:
- pisanie bloga jest dla mnie czymś tak prywatnym, że nie wyobrażam sobie, że mogłabym tym się zajmować w internetowej kafejce (to pewnie także trudności z koncentracją, może kwestia przyzwyczajenia)
- moje zdjęcia zdjęcia oglądane na monitorze komputera w kafejce są całkiem inne niż u mnie - koszmarnie jasne, o kilkanaście tonów jaśniejsze, o bladych kolorach. Obce. Przeżyłam prawdziwy szok - zupełnie jakbym oglądała jakieś inne zdjęcia, kogoś obcego, nieznane a do tego fatalnej jakości. Teraz już wiem, że wydają mi się przyzwoite wyłącznie dlatego, że jest na nich tyle cienia (oczywiście w wersji, jaką ja widzę na moim laptopie). Ogromnie to przykre... zdałam sobie sprawę, że możecie postrzegać wszystko inaczej niż ja.
Dyletantka.

Mam nadzieję, że już wkrótce internet w nowym miejscu pozwoli mi na nowo wrócić do bloga i rozmów z Wami. I oczywiście zdjęć, mniejsza już z tym, jak wyglądają.

Przepraszam wszystkich, którzy czekają może na maila albo odpowiedź, zaległe komentarze - na pewno napiszę najszybciej, jak to będzie możliwe. Dajcie mi trochę czasu, bo jestem na zakręcie ;) na moście między jednym a drugim etapem. Zresztą przez most przechodzić będę (i przechodzę) codziennie - już nie symbolicznie, ale w realnej miejskiej przestrzeni. Ale o tym wszystkim - później. O mostach, spacerach nad Wisłą, Wawelu we mgle, pierwszych wieczornych fotografiach - gdy nie muszę spieszyć się, by zdążyć na powrotny autobus, potem jechać przez uśpione w jesiennej mgle wsie, potem długa droga ciemna, gęsta od mgły, strasznego jesiennego błota, szczekania łańcuchowych psów.
To już zamknięta księga - przynajmniej na jakiś czas.
Teraz zaczyna się coś nowego - ale o tym później.
Teraz - antrakt.
Nie, nie będę gasić tu świateł, przyciemnię je tylko.
Teraz - nokturn.



Zdjęcie zrobione 2-go listopada.
Wieczór dnia pierwszego.
W Krakowie!

2009-11-02

"[...] głosy tych, co umarli". Cmentarz przy kościele Najświętszego Salwatora.

Słowa nie przychodzą, czas upływa tak szybko. Nie chcę, żeby ten dzień, te dni - pierwszy i drugi listopada, Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny - nie chcę, by zostały bez śladu.
Opowiem o nich później.

Dziś posłuchajcie Poety.

Konstantinos Kawafis

"Głosy"

Wymarzone, ukochane głosy
tych, co umarli, albo tych, co dla nas
tak są straceni, jak umarli.

Czasem do nas przemawiają w snach
czasem je w zadumaniu słyszy umysł.

A z ich brzmieniem powraca na chwilę
dźwięki najpierwszej naszego życia poezji,
jak muzyka, która nocą, gdzieś w dali, dogasa.

***

Na zdjęciach stary cmentarz przy kościele Najświętszego Salwatora.
Dotąd widziałam go tylko zza bramy, zza krat.


Zgodnie ze średniowiecznym zwyczajem cmentarze otaczały kościoły.
Stare, kamienne nagrobki. Czas zatarł napisy.


O zmierzchu. Po raz pierwszy z bliska.


Dopiero wczoraj po raz pierwszy mogłam zobaczyć wnętrze kościoła Najświętszego Salwatora.
W zapadających ciemnościach. Rozświetlony płomieniem wotywnych świec.



Pamiętajmy o nich.

2009-10-30

Świat wyprowadzony z chaosu - witraż Wyspiańskiego z kościoła oo. Franciszkanów

"Bóg Ojciec - Stań się!" - tak zwie się słynny witraż Wyspiańskiego z kościoła oo. Franciszkanów. Zwany jest także jako "Stworzenie świata", a pierwotnie nosił nazwę "Bóg wyprowadza świat z chaosu".

Inna nazwa, która z niepojętych względów najbardziej do mnie przemawia, to "Świat wyprowadzony z chaosu" - chociaż wyraźnie akcent przeniesiony jest w niej z boskiej istoty Stwórcy na nieszczęsną materię. A to przecież Bóg, Stwórca dominuje w przestrzeni witraża, boskie "fiat" wstrząsa chaosem, straszliwy i potężny gest stworzenia porusza płomienie i wody żywiołów. Świat - nowy nieskazitelną nowością - tworzy się, wyłania tam na dole, w ciemnościach, pośród wód. De profundis. Wydźwignięty z głębokości, wirującej immaterii chaosu. W lewym, dolnym rogu, u stóp.


Małe wyjaśnienie, nie w porę.

Pozwólcie, że porzucę encyklopedyczne drogi. Zresztą, o tym witrażu napisano już wszystko - czy warto zbierać najważniejsze wątki i tworzyć erudycyjną opowieść dla uczniów pilnie poszukujących gotowych rozwiązań, informacji w pigułce? tym wystarczy wikipedia, a ja pozostanę przy mojej skąpej wiedzy, okruchach informacji, subiektywizmie. Zresztą, zdobędę się na szczerość - pozostanę przy: ignorancji, może też lenistwie, na pewno braku czasu. Być może grafomanii.
Wyznanie.
Chciałabym zebrać wiedzę solidną, takie krakowskie "Gruntlagen" zbudować podobnie jak Frege i inni mistycy logiki budowali podstawy języka arytmetyki - zdefiniować, zebrać to, co pewne, opatrzyć przypisami, przejrzeć dostępną literaturę przedmiotu, dołączyć do tego aparat badawczy (przemyślna machineria, tak go sobie zawsze wyobrażam ;) pisać przypisy do przypisów, budować strukturę: ważne, pomocne, drugoplanowe, zbędne, nieprawdziwe.
Zebrać Całość. Zaiste, urodziłam się w niewłaściwym czasie - oświeceniowi encyklopedyści mieli zapewne podobne ambicje, albo średniowieczni teolodzy. Jakkolwiek to zestawienie brzmi dość absurdalnie.
Jako też absurdalny jest sam pomysł takiego kompendium. Nierealny i śmieszny. Nie bierze pod uwagę ogromu wiedzy, jaka narasta lawinowo co rok, co miesiąc, miliony drukowanych słów. Pozostaje mi pozostać przy drugiej skrajności - wiedzy szczątkowej, fragmentarycznej, okruchów zebranych tu i tam, wyczytanych, zapomnianych, przypomnianych bez podania źródeł. Trochę to "postmodernistyczne" - choć samego terminu nie lubię, ani tego, co się pod nim kryje - właśnie chaos, rozprzężenie, wirujące skrawki słów, wrażeń. Rozpad. Chaos.

Chciałabym, żeby ten świat dało się wydobyć z chaosu.
Nie tylko świat słowa, naszego ubogiego chaotycznego języka, wytartych słów, obdartych ze znaczeń, strywializowanych. Ale świat, w którym przyszło nam żyć.
Aby na boskie "fiat" i na efekty tego gestu stworzenia dało się odpowiedzieć: "fiat volontas tuas" - nie myśląc przy tym o chaosie: chorobach, cierpieniu, złu, które wplątane są w materię świata, cierpieniu niewinnych (cierpieniu dzieci - które jako niepodważalny dowód na niesprawiedliwość boskich wyroków przytoczył Dostojewski w "Braciach Karamazow").

Świat wyprowadzony z chaosu. Móc ujrzeć go kiedyś.

***

A teraz "szumy zlepy ciągi" - jak u Białoszewskiego - co u mnie znaczy: chaos powracających informacji, zapamiętanych bez ładu i składu.

Witraż jest ogromny i, pomijając pracochłonne studia i prace, które doprowadziły do powstania samego projektu, sama walka z materią - czyli wykonanie witraża i jego montaż, były tytaniczną pracą. Wykonaniem witraża nie zajmowała się - jak błędnie myślałam dotąd - pracownia witraży Żeleńskiego, lecz fabryka szkieł w Innsbrucku: Tiroler Glasmalerei und Cathedralen Glashutte. Witraż zamontowano w kościele jesienią 1904 roku - ale inne źródło podaje, że witraż ukończono w 1905.
Czytałam gdzieś, że sam autor, gdy ujrzał swoje dzieło już na właściwym miejscu (ściana nad głównym wejściem do kościoła w fasadzie zachodniej - świątynia orientowana jest E-W, z prezbiterium, jak należy, od wschodniej strony), miał powiedzieć wtedy te słowa:
"Dobrze. Całkiem dobrze."

Autor witraża, ma się rozumieć, nie świata - ale jeśli dobrze pamiętam, to paralela jest zastanawiająca...
Trzeba tu też zaznaczyć, że - jeśli dobrze pamiętam - wydostanie świata z chaosu to tradycja hebrajska, my częściej przywołujemy chyba grecką: kolejnych etapów stworzenia, dzień po dniu. I odpoczynku dnia siódmego, kiedy to Bóg zadowolony ze swego dzieła rzekł:
"Dobrze. Całkiem dobrze."
Czy coś podobnego ;)



Bóg z witraża Wyspiańskiego przypomina dzieła Michała Anioła.
Zauważcie - widziany z wnętrza kościoła podnosi lewą (!) rękę. Ponoć dlatego, że przy montażu doszło do pomyłki i witraż został wstawiony odwrotnie - czy to możliwe? Koniecznie muszę to sprawdzić. A może ktoś wie?

Wspominałam już, że witraż znajduje się w zachodniej ścianie kościoła - to bardzo ważne!
"Gdy łuny zachodu rozświetlą witraż"... albo opowiem o tym spokojniej: światło jest pełnoprawnym elementem konstrukcji witraża, w zależności od pory dnia rozświetla go i przygasza, wydobywa barwy chłodne, wtedy dominuje żywioł wody i powietrza, kiedy indziej znów rozpala mocniej płonące wstęgi ognia.

W chłodnych odcieniach żywiołu wody:


W gorącym, jaskrawym słońcu zachodu jeszcze go nie widziałam.
Tutaj w zgaszonym popołudniowym świetle pochmurnego dnia:

Splątane żywioły, pasma chaosu. Spójrzcie na dłonie Stwórcy.
Lewa dłoń w geście stworzenia, prawa opanowuje żywioły - w żyłach krąży żywioł życia.
Oczy - bez źrenic - obce, boskie, nie-ludzkie, całe wypełnione błękitną materią.


Lub czarną, gdy nadchodzi zmrok.


***

Inne witraże na blogu Kraków i okolice zobaczyć można tutaj: KRAKOWSKIE WITRAŻE albo w zakładkach na lewym marginesie - tam są wszystkie dotychczasowe wpisy posegregowane dzięki delicious bookmarks.

***

Jak zwykle dziękuję Wam za godną podziwu cierpliwość :)
Gdyby ktoś miał chęć dorzucić mniejsze lub większe okruchy wiedzy, podzielić się czymś, co ważne albo poprawić mnie, gdy mylę się straszliwie - piszcie koniecznie!
Wasze uwagi i komentarze to dla mnie zawsze wyjątkowa lektura :)

Niedawno ktoś z Was podzielił się ze mną wierszem Wyspiańskiego - a rzecz tyczy się - w skrócie - ludzkiej skłonności do przylepiania etykiet wszelkim, zwłaszcza nowym zjawiskom, porządkowania i... popadania w schematy. Otóż zniecierpliwiony tym, że wszystko, co stworzył - w szczególności poszło o wystrój gmachu Towarzystwa Lekarskiego - krytycy wrzucali radośnie do pojemnego worka z modną, choć nie do końca zrozumianą nazwą "secesja", Wyspiański odpowiedział takim oto wierszykiem:

"Wyuczono papugę wyrazów o sztuce
przyznać trzeba, że łatwość miała w tej nauce;
więc gdy wyraz "secesja" wymawiać pojęła,
witała tym wyrazem wszystkie nowe dzieła.
Więc styl mój krzeseł z lekarskiego domu
nazwała "secesyjny" - płynnie i bez sromu.
Czekać trzeba cierpliwie, aż po pewnym czasie
nowy frazes papudze w pamięć wbić znów da się.
Jakkolwiek rzecz ta kształtu Sztuki nie odmieni,
frazes jednak wystarczy, by MYŚL diabli wzięni"

:)
Holly, dziękuję!!

***

Przepraszam, że częstotliwość moich wpisów stała się ostatnio tak karygodna.
Szykują się zmiany. A nawet Zmiany.
Postanowiłam dokonać może nierozsądnego wyboru i zmienić sporo elementów dotąd stabilnych. Przestawić zwrotnicę ;)
Rozpocząć coś nowego, postawić sporo na nową kartę.
I mam nadzieję, że także ten mój świat uda się wyprowadzić z chaosu.

Jeszcze za wcześnie, by się chwalić, za wcześnie, by o tym wspominać - nie chcę zapeszyć :)
Gdy już sprawa będzie pewna - podzielę się z Wami dobrą wiadomością.
Muszę kończyć - kilkanaście dni bez bloga i w intensywnym realnym życiu sprawiło, że ta notka będzie wyjątkowo długa w czytaniu. Eh, grafomania, podobno to się da leczyć ;)


Tymczasem - żegnam Was znów na kilka dni. Teraz czas będzie szczególny - uważajcie na siebie w podróży! I w ogóle - uważajcie na siebie i nie dajcie się siłom chaosu. Niech Wasze drogi będą proste, serca lekkie, a myśli pełne nadziei - przecież to nie jest, tak sobie tłumaczę, smutne święto. Pamięć o bliskich i drogich osobach - jak mogłaby być smutna? Najsmutniejsza byłaby niepamięć.

2009-10-18

Dominikańska

Jedna z piękniejszych krakowskich ulic - i najstarszych.*
Ten piękny bruk, nieregularny kamień, krzywe płaszczyzny kamiennego chodnika - to wszystko już niedługo zniknie - i Dominikańska podzieli los sąsiednich ulic, pokrytych jednakową, sklonowaną kostką, domy o barwnych fasadach, cukierkowe kolory, stiuki. Chciałabym zatrzymać jeszcze ten czas - przed.
Mury bez makijażu nie udają teatralnych dekoracji, faktury są nierówne, chropowatość powierzchni.
Kiedy nadjeżdża tramwaj - a najlepiej dwa! - trzeba przykleić się do klasztornego muru.
Hałas i drżenie.
(Mają - tak słyszałam - położyć pod kostką specjalne maty tłumiące wstrząsy)



Po prawej kościół i klasztor Dominikanów.
Na wprost, perspektywę ulicy zamyka kościół Franciszkanów.

Kto zgadnie, gdzie udamy się następnym razem: w prawo, czy prosto?
Czy za głosem rozumu, ratio, w stronę "domini canes",
czy też w stronę ubóstwa, współczucia, natury?
Albo - nie wdając się w teologiczne dysputy, bo i po co zresztą - czy będziemy zmierzać w prawo, gdzie w kościele Dominikanów puste, białe przestrzenie, strzelistość gotyku, biel ścian i cegła...
czy tam, gdzie kolor, secesyjne ornamenty, piękne witraże we wszystkich barwach tęczy, średniowieczne krużganki z pastelową, wybieloną czasem polichromią?

Oto zagadka prawdziwie irracjonalna.
A który z tych dwóch kościołów Wy wybralibyście? Zakładając oczywiście, że je znacie - moje zagadkowe wprowadzenie jest bowiem mocno schematyczne.
Chętnie poznam Waszą decyzję, ale... i tak będziemy musieli pójść dalej moją trasą - niestety, mam na razie zdjęcia tylko z jednego z tych miejsc :)

I tak, po raz kolejny już, notka na blogu oddaje stan mojego (ubogiego) ducha. Oto jestem na rozstajnych drogach, na rozdrożu, rozważam i rozmyślam. Czasu mam sporo, bo przeziębiłam się tej zimowej jesieni.
I, jako zodiakalna Panna, rozważam i kalkuluję, mój ascendent w Wadze (Libra :) każe mi wahać się i roz-ważać, którą z dwóch dróg wybrać. Drogę spokoju, status quo i rozsądku, czy drogę zmian, wyzwań i niebezpieczeństw, nieznanej przyszłości.
Dokąd zmierza życie - pisał Lec - tam, gdzie ty. Dopóki idziesz.

Miłego tygodnia Wam życzę :) Nie dajcie się ponurej jesieni!

*w to nie wierzcie, licentia poetica ;) Tartuffe, Grzegorz - dzięki za sprostowanie!

2009-10-13

Jesienny patchwork z siedmiu fotografii

Jesienny, słoneczny patchwork z siedmiu fotografii
- na jesienne smutki
- niepotrzebne, stresujące myśli
- zimno i szarugę
- trzynasty dzień miesiąca

Aplikować bez obawy o przedawkowanie, efektów ubocznych nie odnotowano ;)

Wszystkie zdjęcia, poza ostatnim, zrobiłam... przedwczoraj - w niedzielę 11 października. Trudno mi dziś w to uwierzyć. Na pewno jeszcze wrócą jesienne słoneczne dni - niemożliwe, żeby już śnieg, te prognozy to jakiś złośliwy żart. Powiedzcie, że to niemożliwe ;)

Zmarzniętych, smutnych, zdesperowanych pechową trzynastką, ciepłolubnych - zapraszam Was wszystkich na ciepły, jesienny spacer.
Zdjęć będzie siedem - bo to szczęśliwa liczba (trzeba jakoś odczynić uroki).

Pierwsze - moje ulubione :)


Drugie - jesienna lawenda:


Trzecie - lubię granice, miedze, złączenia patchworkowych pól:


Czwarte - pola toksycznej marchewki ;) i kamieniołom na horyzoncie.
Czemu toksycznej? Właściciel tego pola, będący - jak się zdaje - producentem 'ekologicznych jednodniowych soków', stosował chemiczne opryski co najmniej kilkanaście razy w tym sezonie. Że o nawozach nie wspomnę.


Piąte - kamieniołom nieco bliżej. Oczywiście skały wapienne, jak to w tym regionie bywa:


Szóste - moje ulubione dęby na lawendowym polu - skrawek cienia niezastąpiony latem, gdy godzinami pracuje się w upalne dni.
A przede wszystkim - piękne są.
Tu przypomina mi się dobra rada jednego z sąsiadów: "I po cóż ta trzymać takie drzewa? Cieniujo na całe pole, lawenda ino wysycha. Ja to żem wszyskie drzewa wycion."
Bardzo proszę, niech nikt się nie zachwyca w mojej obecności wsią i wiejską mentalnością ;)


Siódme - raz jeszcze te same drzewa. Zdjęcie z ostatniego dnia września - tak zielono było wtedy jeszcze:


Miłego wieczoru :)
Nie dajcie się jesiennym smutkom!

2009-10-11

Jesienna wyprawa do Tyńca

Cudowny Czwartek, piękne październikowe słońce, ciepły a wręcz upalny jak na tę porę roku dzień i dobre wieści i miły compagnon de voyage - czy potrzeba czegoś więcej, żeby taki dzień na długo został w pamięci?
Może jeszcze tylko długi spacer albo wyprawa.

Choć to nieprawdopodobne, ale moja podstępna zagadka z poprzedniego wpisu została rozwiązana (Beata, PAK - gratulacje :)
Tak, to właśnie do Tyńca postanowiłam się wybrać tego pięknego dnia.
O, w tym właśnie miejscu podjęłam decyzję:


Prawda, jak pięknie wygląda Wawel w jesiennym słońcu?
Wyprawa do Tyńca, z której relacja zaczyna się pod Wawelem, może być uznana za długą i nużącą...
Cóż, nie zaprzeczę! Po prostu nie mogłam się oprzeć dziś, kiedy za oknem szaro, ponuro i deszczowo, pokusie zamieszczenia kilku słonecznych zdjęć. Zawsze jakoś cieplej wtedy :)
A problem polega na tym, że gdy już dotarłam do Tyńca, to niebo zachmurzyło się, kolory wyblakły, jesień podniosła się mgłą znad Wisły. Dlatego teraz jeszcze jedno słoneczne zdjęcie z Krakowa, a potem już bardzo jesienny Tyniec.
Tutaj patrzę sobie z Mostu Grunwaldzkiego na Wawel i Wisłę (przede mną, kilkanaście kilometrów dalej i nieco w lewo, niewidoczny Tyniec).


Czy Wy także lubicie mosty?
Spinają, łączą, unoszą się nad wodą, symbolizują dla mnie przyciąganie dwóch różnych rzeczywistości. Stalowe nici porozumienia. A także - taki świat pomiędzy, ciągle w ruchu, dążeniu. Były takie miasta, w których spacerowanie mostami wspominam szczególnie - na pewno Paryż. Mogłam tam chodzić godzinami - drewniane, kamienne, złocone, stalowe i najstarszy, najpiękniejszy le Pont Neuf (czyli... Nowy Most - nowy, bo pierwszy z kamienia, nowoczesny, poprzednie były drewniane, nie zachowały się do naszych czasów i ten najstarszy pozostał ze swoją a-chronologiczną nazwą).
A ile literackich tropów wiedzie mostami! Chętnie dowiedziałabym się, jakie to książki, opowiadania, filmy czy piosenki kojarzą się Wam z mostami.

Obawiam się jednak, że zeszłam na bardzo dygresyjne manowce.
Poprawiam się zatem i już prowadzę szybko do Tyńca. Jak może niektórzy z Was pamiętają, relacja z wyprawy wiosennej do Tyńca pojawiła się już na moim blogu. Dla przypomnienia:
RELACJA Z KWIETNIOWEJ WYPRAWY DO TYŃCA - TYNIEC CZĘŚĆ I, CZĘŚĆ II.
Może ktoś ma chęć na małą podróż w czasie? :)

Teraz wersja jesienna. Lubię wracać w znane, ulubione miejsca o różnych porach, przyglądać się, jak się zmieniają.
Obserwować, co jest ich stałym, a co zmiennym pierwiastkiem.

Droga do opactwa w ostatnich promieniach słońca:


Tyniec cały jest historią, czas zamknięty w kamieniu.
Kamienne bramy, cieniste i mroczne. Piękne sklepienia.
Nieregularny wątek murów opowiada historię sprzed wieków.
Bramy, portyki, furty, drzwi - tajemne rytuały przejścia.


Nie tylko kamień i cegła - ale przepiękne drewno. Kto był w Tyńcu ten na pewno pamięta piękną drewnianą studnię. I o niej pisałam już wcześniej - TYNIECKA STUDNIA - ale chyba warto dodać kilka nowych zdjęć. Dla mnie to fascynujące miejsce/przedmiot/urządzenie.
Przypomnę tylko, że studnię wykuto w 1620 roku, jej szyb ma 40 m głębokości i sięga lustra Wisły.

Fascynująca maszyneria:


Drewno, kamień i... drzewo:


Sklepienie oktogonalnej altany, która osłania samą studnię, widziane od wewnątrz:



Czas, przemijanie:


I życie - a dokładnie element ludzki (nie sposób zrobić zdjęcia tynieckiej studni by jacyś turyści - niedzielni lub czwartkowi - nie weszli w kadr ;)


A potem był długi spacer nadwiślańską groblą. Słońce odeszło już w inne szczęśliwe strony, szlak ku Grodzisku prowadził przez jesienne uroczyska.
W takim szarym świetle nie potrafię robić zdjęć - białe niebo, głębokie cienie.
Dwa następne obrazy to nie zdjęcia (w moim rozumieniu fotografii amatorskiej, nie poddawanej obróbce), lecz raczej zapis wrażeń, czy jesienne impresje. Ot, dla zabawy :)


I spojrzenie z oddali na opactwo w Tyńcu:


Ciągle mam w pamięci słoneczny Tyniec i wspaniałe wapienne skały nad Wisłą pod intensywnym błękitem nieba z mojej kwietniowej, primaaprilisowej wyprawy do Tyńca.
A jesienią to całkiem inne miejsce - intensywnie czerwone pnącza oplatają białe skały, budynki opactwa kryją się za jesiennymi liśćmi.




A w lesie przy Grodzisku rosną piękne muchomory.
Czy uwierzycie, że po raz pierwszy widzę taki okaz 'na żywo'? :)


I tym kolorowym (może trochę niebezpiecznym ;) akcentem zakończę opis mojej jesiennej tynieckiej wyprawy.

Czy mogę mieć nadzieję, że nie znudził Was ten baaaardzo długi spacer?
Chciałam opisać ten dzień i tyniecką wyprawę jako jedną całość - wyszła dość długa opowieść - ale może umili Wam jesienny niedzielny wieczór.
Miłej lektury :)

2009-10-10

Słonecznie! albo Cudowny Czwartek

Jest taka powieść Steinbecka "Cudowny czwartek" - zawsze do niej wracam z uśmiechem i tak jak za pierwszym razem, gdy ją przeczytałam, zastanawiam się i teraz, jak to możliwe... Czy to na pewno autor "Gron gniewu", "Myszy i ludzi"? Jak możliwe jest współistnienie tak różnych wizji, sposobu pisania, postrzegania, tak różnych pisarskich palet - mrocznej, przygnębiającej oraz słonecznej, absurdalnie radosnej?
Słowa 'cudowny czwartek' weszły już w moje życie i trwają jak samosprawdzająca się przepowiednia.
Bywają dni (przyjmijmy na potrzeby tej teorii, że zdarzają się wyłącznie w czwartki), kiedy niebo jest błękitne niezrównanym błękitem, ciepły wiatr szeleści w listowiu a słońce kładzie się delikatną pozłotą.. ;))) Wybaczcie, brak mi należytej powagi. Nawet grafomanię mogę stosować dziś w homeopatycznych dawkach ;)

To taka lekka euforia - w czwartek otrzymałam długo oczekiwane wieści. Myślę, że to także zasługa pozytywnej energii, dobrych myśli - ogromnej życzliwości, z jaką się ostatnio spotykałam. Tu chciałam podziękować za Wasze wspaniałe komentarze i maile - każdy z nich sprawił mi ogromną radość i był wielkim pocieszeniem w tych stresujących dniach. To jeszcze nie koniec oczekiwania na medyczne werdykty (pozytywne myśli ciągle bardzo potrzebne), ale to, czego dowiedziałam się ostatnio, pozwala mieć nadzieję, że wszystko jest mniej groźne, mniej straszne niż się mogło wydawać. Wszystko wskazuje na to, że będziecie jednak skazani na czytanie tego bloga jeszcze przez długi czas ;)

W czwartek, cudowny czwartek, było ciepło jak w lecie a słońce zmieniło Kraków w miasto Południa. Cegła, poważny i solidny materiał ponurych północnych budowniczych, rozświetliła się jak w Ferrarze, Sienie, Florencji. W słońcu odżyły i rozbłysły dawne więzi polskiego i włoskiego renesansu, baroku - nie spierajmy się o metrykę murów ;) W takim słońcu nawet austriackie koszary na pewno wyglądają jakby bardziej południowo - jakkolwiek nie miałam czasu, by to sprawdzić. Pozostałam u podnóża Zamku. Czy to nie pejzaż południowych krain?

Tajemnicza włoska twierdza:







A tutaj, na zdjęciu poniżej, kościół Piotra i Pawła... pardon: rzymski kościół Il Gesù ;)
I Okna Filozofów:


Wymarzony dzień na dobre wiadomości, spacery i wędrówki. Mam jeszcze urocze zdjęcia Wawelu i Wisły "pocztówkowej urody" i nie zawaham się nimi podzielić w stosownym czasie. Spacer był długi, a potem wymyśliłam, co zrobić, aby był jeszcze dłuższy.
Kto zgadnie, gdzie mnie drogi zawiodły?
Podpowiedź pierwsza - pisałam już dużo o tym miejscu, byłam tam wiosną na rozpoczęcie sezonu 'spacerowego' - teraz wróciłam, żeby ten sezon powoli zamknąć i spiąć jak klamrą.
Podpowiedź druga, nieco złowieszcza:

2009-09-27

znów jesień, Srebrnołuki [...]

Gdybym miała jedno tylko wybrać drzewo, spośród wszystkich.
Bez wahania, pod zamkniętymi powiekami ciepła biel brzozy, cienki papier białej kory, złote liście.
Bo Iwaszkiewicz (muzyka, gruźlica, ostatnie chwile - 'Brzezina') i jeszcze rosyjski wiersz, który kiedyś pamiętałam (...wysmukła, ponad murem z cegieł).
Mój las i spacery w nim. Jeśli jest jakieś drzewo, pod którym można usiąść, pomyśleć nad bezdrożami życia i znaleźć ukojenie - to tylko jedno.
Drzewo współczucia.







Wiersz Herberta dla mnie i dla tych wszystkich, którzy na rozdrożach, rozstajnych drogach, w beznadziejnym oczekiwaniu.


Fragment

Usłysz nas Srebrnołuki przez zamęt liści i strzał
przez bitwy uparte milczenie i mocne wołanie martwych
znów jesień Srebrnołuki drzewa i ludzie odchodzą
śpimy w dusznych namiotach pod niebem zmiętym od przekleństw
w pyle nurzamy twarze w pocie myjemy ciała
z piersi otwartej mieczem nie krew nie krew ucieka
zwierzęta umierają mułom zachodzą oczy
butwieją żagle okrętom i żaden sztorm o zatokę
nie powrócimy do żon obce gorzkie dziewczęta
nie pozwolą nam długo płakać w swoich ramionach
nie o wieniec kamienny Troi prosimy Cię Panie
nie o pióropusz sławy białe kobiety i złoto
lecz jeśli możesz przywróć splamionym twarzom dobroć
i włóż prostotę do rąk jak włożyłeś żelazo -

obłoki zsyłaj Apollo obłoki zsyłaj obłoki


Zbigniew Herbert "Fragment" [in] "Wiersze zebrane", Wydawnictwo a5, Kraków 2008.



Aby zapomnieć o stresie najbliższych dni szukałam zajęcia, lektury - na darmo. Długi spacer po lesie i stąd nowe zdjęcia - pochwalę się (choć pewnie nie ma czym, a nawet to wstyd, że dopiero teraz się uczę): po raz pierwszy całkowicie i wyłącznie w trybie manualnym. Dotąd - w preselekcji przysłony, a dziś postanowiłam zmierzyć się także z czasem.

Życzę Wam spokojnego, udanego tygodnia!
Nadziei - mimo wszystko.
A Wy pomyślcie o mnie, proszę, pozytywnie, żeby ten tydzień przyniósł znów tylko dobre wiadomości.

2009-09-25

Wysoko! Kraków z Wieży Hejnałowej Kościoła Mariackiego.

Wysoko! Ale nie w gondoli balonu, jeszcze nie.
Zresztą zobaczcie, osławiony balon wschodzi tam, na wschód od Wawelu (niczym gwiazda zaranna, lampa Akermanu, ozdoba krakowskiego nieboskłonu ;))


A teraz spojrzenie w dół
na geometrię przestrzenną, nieeuklidesową; siła grawitacji prostopadła do sił obracających mniejsze i większe koła:

Ale dość żartów. Nie odważyłam się na lot balonem, ale - bardziej tradycyjnie - postanowiłam wspiąć się na Wieżę Hejnałową Kościoła Mariackiego.

Jak można się było domyślić, pogoda, która przez cały wrzesień była niezwykle piękna (przejrzystość powietrza, błękit nieba, słoneczne ciepłe dni), wczoraj popsuła się dość gwałtownie - stąd widoki będą szare i ponure, pardon - nostalgiczne.
Za to dziś, gdy znów jestem daleko od Krakowa, ponownie błękit nieba i urocze obłoki ;)

Zanim jednak (nostalgiczne czy nie) dane będzie oglądać widoki, należy z poświęceniem wspiąć się najpierw kamiennymi, spiralnymi schodami, potem po drewnianych stopniach na sam wierzchołek wieży.
Przyjemnie, tylko klaustrofobicznie. Najlepiej być japońską turystką (145 cm wzrostu). Trzeba lubić ludzi, bo mijasz się z nimi na schodach dość blisko. Dobrze też jest mieć ciśnienie wyższe niż 92 na 60, bo wtedy świat może tak nie wiruje.
Ale dość tych geriatrycznych zwierzeń. Dobrze chociaż, że lęku wysokości nie mam, inaczej poniższe zdjęcie byłoby jedynym ;)
Ogromny labirynt drewnianych konstrukcji:


I wreszcie na górze. Małe okienka na wszystkie strony świata.
Wyglądam na wschód.
Dach Kościoła Mariackiego, po jego prawej stronie - kamienice przy wschodniej ścianie Małego Rynku, po lewej róg Mikołajskiej i Szpitalnej:

A teraz południe, południowy-zachód.
Miasto w ramie z szarego kamienia.
Ładnie rysuje się delta Grodzkiej a pośrodku - jak biało-zielona wyspa - kościół św. Wojciecha:


To jeden z najmniejszych i najstarszych kościołów Krakowa - wyspa dawności - relikt innych czasów. Wcześniej już zamieszczałam jego inne, bardziej codzienne zdjęcia.
Bliżej (na chwilę wyszło słońce):


Okno na Kraków:


I nie szkodzi, że niebo było szare i prawie deszczowe, dla mnie to było niezwykłe przeżycie - oglądać Kraków z wysoka. Znane na pamięć miejsca zmieniają się, zbliżają, oddalają, ukazują z innej strony. Dlaczego wcześniej się tu nie wybrałam?!
Już wiem, że trzeba będzie to powtórzyć - a czasu zostało niewiele, wieża jest otwarta dla zwiedzających do końca września.

To jeszcze nie wszystkie zdjęcia z mojej wyprawy na Wieżę - poszukajcie pokładów cierpliwości, bowiem zdjęć będzie jeszcze trochę - ot takie sobie fotki dla mojej prywatnej dokumentacji Wyjścia na Wieżę ;) Kiedyś widziałam wspaniałe zdjęcia z tego samego miejsca - na horyzoncie rysowały się Tatry...
A czy Wy byliście na Wieży Hejnałowej? Albo Ratuszowej?
I z jakich jeszcze miejsc można oglądać Kraków z wysoka?

2009-09-23

Wawel wrześniowy

Dziś nieco inaczej. Wrześniowy Wawel w dwóch ujęciach.
Z bliska - zdjęcie z pierwszych dni września:


I z daleka - tu już na pewno każdy rozpozna, skąd zrobiłam to zdjęcie ;)



Te zdjęcia to oczywiście tylko pretekst, by zapytać, jak też Vox Populi znajduje jesienne zmiany na moim blogu?
Nie nazbyt ponuro jest teraz?
Taka zmiana na nową porę roku - ileż można patrzeć na magnolie i błękity ;)
Teraz jeszcze muszę wymyślić system archiwizacji danych i zaprowadzić jakiś porządek, już sama zaczęłam się gubić.
To tyle ze spraw organizacyjnych - zaczynam się obawiać, skąd przyszła ta chęć zmian. Niepokojące ;)

Miłego dnia, miłego początku jesieni :)
I jak najmniej bezsennych nocy...

2009-09-21

Cała jaskrawość.

Przepiękny wrzesień w tym roku. Niech trwa jak najdłużej :)
Zdjęcia sprzed kilku dni - mam do nich ogromny sentyment (jako zodiakalna Panna a także dlatego, że już zawsze przypominać mi będą pewien radosny dzień i dobrą wiadomość).
Jest taki esej Baudelaire'a "Malarz życia nowoczesnego" a w nim niezapomniany fragment o tym, jak świat jawi się komuś, kto powraca do zdrowia. Wszystko jest żywe, wyraźne, rysowane pewną kreską, mocną plamą koloru, gęste od głosów, szeptów, zapachów. "La nature est un temple..."
Dla mnie świat miał wtedy takie barwy, ciągle ma.
Cała jaskrawość*


Zapraszam na spacer po wiejskich bezdrożach :)


Na brzozach dopiero pierwsze złote liście:


Złoto po horyzont:

To miejsce pokazywałam już wcześniej, w maju i w czerwcu.
Lubię geometryczną pewność tego krajobrazu. Szachownica pól.


I wreszcie coś niebywale kolorowego, najjaskrawszego, feeria niedopasowanych barw, radosny kicz. Lubię to zdjęcie :)



A tutaj wszystkie zdjęcia z tego spaceru.


Jeśli ten spacer poprawił Wam nastrój, wywołał cień uśmiechu, pozwolił zapomnieć na chwilę o stresującym dniu, pracy, obowiązkach i miejskim zgiełku - to wspaniale!


Kolorowych snów :)

A dla odwiedzających mnie jutro - miłego dnia :)


* "Cała jaskrawość" to piękne opowiadanie E. Stachury. Tytuł pożyczam sobie, gdy jest właśnie tak.

2009-09-20

Tajemnicza wyprawa... czyli z Kazimierza na Kopiec Krakusa

Tajemniczej wyprawy wyjaśnienie zmieni ją bardzo łatwo w zwykły spacer. Ale jaki przyjemny :)
Z Alchemii na Kazimierzu wybrałam się na kopiec Krakusa.
Alchemia w dziennym świetle to zupełnie inne miejsce - ale to ma swój urok. A przede wszystkim, dla kogoś, kto unika papierosowego dymu (prozelityzm neofity - niedługo minie rok), południe w Alchemii to idealna pora.


Potem oczywiście Wisła, najpiękniejszy z krakowskich mostów - błękitny Most Piłsudskiego, dalej Park Bednarskiego, ulica Parkowa, Stawarza i wreszcie najważniejszy etap mojej wyprawy - Wzgórze Lasoty. To ten opisywany przeze mnie surrealistyczy trawiasty 'terrain vague', na którym czeka na zaplanowaną i na pewno kontrowersyjną rewitalizację fort św. Benedykta, zaraz obok stoi najmniejszy kościół w całym Krakowie, a nad drzewami "unosi się" zwieńczenie wieży podgórskiego kościoła św. Józefa (zdjęcie z poprzedniej notki)

O samym forcie warto napisać więcej, bo to ważne miejsce a wydaje się zapomniane. Specjalistą od architektury wojskowej jestem bardzo marnym, ale posiłkując się przewodnikiem po Krakowie z serii GW powiem tyle: "Benedykt" zbudowany w połowie XIX wieku, zaprojektowany został przez Feliksa Księżarskiego (twórcę Collegium Novum!), przetrwał jako jedyny element umocnień wzniesionych przez Austriaków na Podgórzu w ramach projektu Twierdzy Kraków (były jeszcze forty Krzemionki i Krakus). W pierścieniu Festung Krakau nosił numer 31. Jeśli ktoś ma zdjęcia fortu, niechże się pochwali, bardzo proszę, - moje są beznadziejne i nie dają wyobrażenia o tym, jaka to monumentalna i ciekawa budowla.


Kościół św. Benedykta to - dla mnie - clou całej wyprawy. Koniecznie muszę poczytać o nim więcej - okazuje się, że w jego fundamentach odkryto pozostałości z czasów przedromańskich, a jego historia sięga XI stulecia. Wczoraj pokazywałam jedynie enigmatyczne zdjęcie drewnianych drzwi, zobaczcie, jak pięknie wygląda najmniejszy kościół Krakowa. Wśród drzew, na łące, wysoko nad miastem - poza czasem, relikt z dawnych wieków.

Od końca XVI wieku pieczę sprawował nad nim zakon duchaków - upamiętnia to podwójny krzyż na dachu budowli. (To znów nieoceniony przewodnik ilustrowany dla takich niedzielnych turystów jak ja ;) Obiecuję, że przeprowadzę solidne studia nad tym niezwykłym kościołem i podzielę się gruntowną wiedzą. Na razie musi wystarczyć parę zdjęć i mój zachwyt.
Podwójny krzyż:


Ze Wzgórza Lasoty ścieżka prowadzi przez wertepy i manowce aż ku cywilizacji - patrz zdjęcie z poprzedniego wpisu - to betonowa ścieżka dla pieszych zawieszona nad aleją Powstańców Śląskich. Jeśli jest jakieś miejsce w Krakowie, w którym na pewno nie chciałabym mieszkać, to bloki przy tej ulicy. Ale potem szum samochodów cichnie i wspinamy się na górę. To znaczy "wspinamy się" na "górę" ;)


Widok piękny. Panorama Krakowa, nawet jeśli zamglona od smogu i jesiennego powietrza, jest przepiękna. Wszystko wygląda inaczej - zwróćcie uwagę (panorama z poprzedniego wpisu) jak ogromny jest kościół św. Piotra i Pawła w porównaniu z kościołem św. Andrzeja - ich fasady oglądane z ulicy Grodzkiej dają całkiem inne wyobrażenie.
Pięknie widać Wawel, Stare Miasto, Grzegórzki i Wesołą i kościół jezuitów przy Kopernika oraz wszelkie blokowiska coraz większego Krakowa. I kopiec Kościuszki. Teraz został mi jeszcze do odwiedzenia ostatni z czterech kopców Krakowa - kopiec Wandy.
Jeśli może macie ochotę zobaczyć więcej zdjęć z kopca Krakusa i całej wycieczki, zaglądnijcie do mojego albumu.

Tajemnicza wyprawa okazała się nie tak znów łatwą do umiejscowienia, pewnie przez ten magiczny czy alchemiczny początek udało mi się zatrzeć ślady. Zagadkę w pełni rozwiązała Beata - wspaniałe entrée, gratuluję! I witam serdecznie na blogu :) Oczywiście Przewodnik po Krakowie też wiedziała wszystko, ale jej milczącą wiedzę zakładam już a priori jako pewnik :) Zresztą, jak w to wątpić? Odgadła nawet moją drogę powrotną, w kierunku Cmentarza Podgórskiego :) Schodzi się zielonym łagodnie nachylonym zboczem wzgórza a za plecami kopiec Krakusa staje się coraz mniejszy.



Dziękuję Wam za wspólną wyprawę :)