Długo zastanawiałam się, od czego zacząć relację - trzeba by znaleźć porządek, tymczasem pierwsza sala, do której wchodzimy - Sala Bacciarellego - najmniej pozostawiła wspomnień i wzruszeń i jakoś nie chciałabym, żeby moje pierwsze zdjęcie przedstawiało, nie daj Bóg, Teofilę Radziwiłłową jako Hebe (brrrrr!). Pomyśleć, że kiedyś Oświecenie było dla mnie tak ważne - inny jest jednak odbiór literatury (szczególnie francuskiej), może mniej się zdezaktualizowała, mniej sztuczna jest dla mnie - a może po prostu brakuje mi jakiejś wrażliwości by odczytać malarski język wykwintnych XVIII-wiecznych twórców. Porządek będzie zatem trochę inny - na pierwszym zdjęciu pokażę płótno, od którego wszystko się zaczęło. ("wszystko" czyli kolekcja Sukiennic).
3 października 1879 roku nastąpiło uroczyste otwarcie Sukiennic (po przebudowie dokonanej przez Tomasza Prylińskiego). Kraków lubił (lubi?) jubileusze i tak się pięknie złożyło, że Józef Ignacy Kraszewski świętował natenczas 50-lecie pracy twórczej. Kilka dni później ogłoszono uroczyście, że Henryk Siemiradzki zapragnął podarować miastu swój
Sala Siemiradzkiego w sobotę, 4 września - drugi dzień otwarcia Nowych Sukiennic:
A jak wyglądają Sukiennice dzisiaj? Czy coś z XIX-wiecznego ducha przetrwało do naszych czasów? Myślę, że tak - to da się odczuć, nieustannie miałam wrażenie, że przechadzam się salami Muzeum Czartoryskich (a dla mnie to kwintensencja dobrze rozumianego kunsztu wystawienniczego, nieuchwytnego uroku dawno minionych dni, innej wrażliwości, innego postrzegania przestrzeni, innej potrzeby koloru). Czartoryscy odeszli już i pozostało mi tylko wspomnienie tamtego styczniowego wieczoru, gdy zwiedzałam ich kolekcję po raz ostatni. Coś z tamtego nastroju powróciło do mnie w Sukiennicach. Może to kolory ścian, może układ obrazów, może pluszowe kanapy (hmm... no dobrze, nie kanapy, ale coś na kształt), może oświetlenie, a na pewno coś bardziej nieuchwytnego. Genius loci!
Sukiennice to muzeum prawdziwie nowe, takie, w którym zwiedzający nie czuje się intruzem - wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że fotografowanie nie jest tak moralnie naganną praktyką, jak to bywało wcześniej, w innych miejscach, w innych czasach (przed trzema miesiącami bodajże byłam jeszcze świadkiem wielkiej i nieprzyjemnej scysji między fotografem-amatorem a personelem Starej Synagogi). Dla mnie to chyba najważniejszy ostatnio znak czasów, znak, że wreszcie zmienia się coś - jest swobodnie, lżej. Nie jestem fotografem (o tym nie muszę przekonywać czytelników tego bloga ;) ale fotografowanie to dla mnie wielka przyjemność i sposób, by jednocześnie odgrodzić się od tego, co widzę i - paradoksalnie - przybliżyć, zachować wspomnienie, przetworzyć to, co widzę. Fotograficzne katalogowanie rzeczywistości to także mój sposób na poznawanie Krakowa - lubię wracać do minionych dawno dni, przypominać sobie dawne wyprawy, prawie zapomniane spacery, opisywać miejsca dla mnie ważne. Zdjęcia są tutaj ważną ilustracją - chociaż, w tym wypadku całkowicie nieudaną. Trudno - są bardzo realne ograniczenia, gdy nie ma się podstawowych umiejętności, gdy zazwyczaj robi się zdjęcia w plenerze, a tutaj światło jest inne, ludzi jest mrowie i wokół tyle nowości. Pocieszam się, że ten, kto ma ochotę zobaczyć dobre zdjęcia, bez trudu znajdzie je w internecie, chociażby na stronie Muzeum. A ten, kto może zobaczyć Sukiennice "w żywości" - niech koniecznie i czym prędzej tam się wybierze (w niedzielę wstęp wolny :) Moja relacja będzie bardziej zapisem wrażenia, utrwaleniem chwili - cóż, w niedoskonały sposób.
Jak wyglądała galeria malarstwa XIX wieku przed remontem Sukiennic - na to pytanie lepiej ode mnie odpowiedzą stali bywalcy. Ja nie zachowałam wiele wspomnień, w tamtych latach byłam w innym miejscu, innym mieście (jednoosobowy Komitet Paryski pozbawiony talentu i opieki Pankiewicza ;) A gdy już wróciłam do Krakowa, to Sukiennice przeniosły się do Niepołomic. A zatem nie mogę dokonać porównań - co zmieniło się, które obrazy wróciły na swoje miejsce, a które goszczą tu po raz pierwszy. Wiem z muzealnej broszury, że zmianie uległ "scenariusz wystawy" i "merytoryczny układ galerii". Zacytuję zresztą mały fragment - tym bardziej, że mowa w nim o autorkach wystawy. "Autorki nowej koncepcji: Barbara Ciciora oraz Aleksandra Krypczyk, uwzględniając dotychczasową linię rozwoju tej niezwykłej ekspozycji o ponadstuletniej tradycji, oparły jednocześnie swój zamysł na najnowszych badaniach nad sztuką polską schyłku XVIII oraz XIX stulecia."
Obecnie galeria malarstwa składa się z czterech sal, rozmieszczonych na planie krzyża, a nazwy ich są doskonałą ilustracją malarskiej treści, która przepełnia je i ożywia. Oto one:
Sala Bacciarellego: Oświecenie
Sala Michałowskiego: Romantyzm. W stronę sztuki narodowej
Sala Siemiradzkiego: Wokół akademii
Sala Chełmońskiego: Realizm, polski impresjonizm, początki symbolizmu
Sala Bacciarellego jeszcze z fortepianem:
Z sali Bacciarellego troje drzwi prowadzi w trzy różne światy.
Przejdźmy na wprost (pod portretem zasłużonego dla kultury a skądinąd wielce kontrowersyjnego Stanisława Augusta) tutaj otwiera się zupełnie inna perspektywa.
Dominantą Sali Zielonej jest słynna Somosierra Michałowskiego (jak błyskawica przecinająca od dołu ku górze płótno obrazu, według słów samego Mistrza)
I jeszcze Michałowski (za oknem widać tłum oczekujących na wejście)
Tłum zwiedzających słucha Przewodnika - szkoda, że nie zapamiętałam jego nazwiska, bo nadzwyczaj godny polecenia. Pod wrażeniem byłam wielkim i niniejszym - choć małe szanse, że to przeczyta - dziękuję :)
W sali Michałowskiego goszczą też inni polscy romantycy. Mickiewicz, rzecz jasna - popiersie stworzył Władysław Oleszczyński (do niego wrócę jeszcze na pewno - w jednym z krakowskich kościołów znajduje się pomnik, którego tenże rzeźbiarz jest twórcą). I jeden z moich ulubionych - tutaj po lewej stronie - portret generała Dembińskiego, dzieło Henryka Rodakowskiego:
Co ciekawe, dzieła wielkich zostały zestawione z obrazami mniej znanych twórców - tak przedstawiony obraz epoki jest pełniejszy i bardziej wiarygodny. Ucieszyłam się znajdując obraz malarza znanego mi z czasów, gdy czytałam sporo o Katedrze Wawelskiej. Tym, którzy o nim nie słyszeli, mam zaszczyt przedstawić Saturnina Świerzyńskiego - autora obrazów z wnętrz katedry przedstawianej z iście fotograficzną dokładnością i ścisłością, fotograf avant la lettre, zamiast dagerotypu posługujący się malarską paletą. To wielkie płótno pośrodku przedstawia katedrę widzianą od strony prezbiterium, a imć Świerzyński jest twórcą również wielce udatnych wedut, z których jedna przedstawiona została po lewej. Zwróćcie na niego uwagę będąc w muzeum, bo szkoda, że taki zapomniany trochę:
Kto zmęczony i strudzony, może odpocząć chwilę - wokół Michałowski, Rodakowski, Grottger, Stattler (zamiast jego obrazu widziałabym jednak chętnie coś innego). Usiądźcie sobie wygodnie na wprost płócien Michałowskiego - a już niedługo dalszy ciąg muzealnych spacerów i opowieści.






Większość zdjęć pochodzi z otwarcia Sukiennic - a właściwie z następnego dnia po otwarciu, soboty 4 września. Po tygodniu wybrałam się tutaj znów licząc na mniejsze tłumy... owszem, stałam w kolejce przed wejściem zaledwie 40 minut :)
OdpowiedzUsuńPrzepraszam za nie najlepsze zdjęcia - ale to taki zapis chwili.
Miłego zwiedzania :)
I z przyjemnością posłucham Waszych wrażeń - kto jeszcze odwiedził Sukiennice, kto zamierza? Jakie są Wasze ulubione obrazy?
Ja jednak poczekam. Późny listopad wydaje się być jakimś rozwiązaniem - tłum mam nadzieję się do tego czasu przerzedzi, mgły nad Wisłą zawisną i znowu będzie to niesamowite listopadowe światło!
OdpowiedzUsuńDzięki za relację Ado. Cudnie że nagle i u nas normalniej,że zdjęcia można i posiedzieć na pięknej zielonej kanapie i kiedyś tam wstęp wolny:)Tak w kwietniu zazdrościłam Hiszpanom, biegając po madryckich muzeach - a tu proszę u nas też idzie ku lepszemu!
Nie przesadzaj, zdjęcia piękne, przynajmniej mnie się podobają!
Ściskam:)
PS. Dziękuje Ci za 'Księgę ziół'!
Zdjęcia ze zwiedzającymi świadczą, iż muzeum żyje, ciekawi układem ekspozycji,może i wywołuje dyskusje u znawców muzealnictwa. Zieleń ścian wydobywa obrazy i kieruje ku oglądającemu.
OdpowiedzUsuńZwiedzałam Sukiennice dawno temu, widać, że nadchodzi czas na ponowne spotkanie. Pozdrawiam:)
Joo - Kraków listopadową porą jest wyjątkowy, mgły na Plantach i szeleszczące liście, myślę wtedy dużo o Wyspiańskim. Można spacerować w zapadającym zmierzchu i można - przesiadywać w muzeach, nawet na zielonych, pluszowych kanapach :) W dwóch innych salach są rzecz jasna dopasowane kolorystycznie do wnętrz - jak lubię takie szczegóły!
OdpowiedzUsuńWspaniale, że Kraków się zmienia pod tym względem - instytucje otwierają się i stają bardziej dostępne. W czerwcu zwiedzałam sobie Magistrat - był dzień otwartych drzwi. I też można było fotografować (gdyby się miało aparat ze sobą - nie mogę sobie darować, bo te wnętrza...)
Z tego wszystkiego szykuje się tutaj całkiem poważna muzealna seria - kiedy ja zdążę opisać to wszystko? :)
A Sandor Marai jest wyjątkowy - Księgę Ziół najchętniej przepisałabym w całości albo nauczyła się na pamięć. Cieszę się, że Ci się podoba!
Serdecznie pozdrawiam :)
Nutto - bardzo się cieszę, że przywołałam wspomnienia, a może nawet zachęciłam do odwiedzin i ponownego spotkania z obrazami w Sukiennicach. Kolory! Zieleń w Sali Michałowskiego jest kojąca, cytrynowa żółć u Bacciarellego irytuje mnie tak jak malarstwo klasycystyczne ;) pomarańcze u Siemiradzkiego są mało akademickie a jednak pasują, a impresjoniści i symboliści u Chełmońskiego prezentują się na lawendowym tle. Michałowskiego i tę czwartą salę impresjonistów i symbolistów lubię najbardziej! Nie ze względu na kolor ścian ;)
OdpowiedzUsuńSerdecznie pozdrawiam :)
Ado, Ty tak z ręki te zdjęcia robiłaś? Wierzyć mi się w to nie chce, sądząc po ich jakości!
OdpowiedzUsuńNo i dziękuję za ostatnią fotę, wśród tych dzieł i arcydzieł brakowało szanownej Autorki relacji :)
PS. Ja też chyba poczekam na jakąś listopadową PIĘKNĄ niedzielę z odwiedzeniem Galerii.
Małgosiu dziękuję :) Ano bez statywu, to przez to moje lenistwo - nie chciało by mi się dźwigać go ze sobą (zakładając, że posiadam takowy ;) Inna sprawa, że w muzeach na pewno robienie zdjęć ze statywem nie jest dozwolone. A tak, to tylko wystarczy powściągnąć drżenie rąk. Przede wszystkim było jednak dość jasno - szczególnie w dwóch dużych salach. Oczywiście lampy też używać nie można, ale tego akurat nie żałuję - bo z fleszem zdjęcia wychodzą mi fatalne, straszne kolory, więc staram się radzić sobie inaczej.
OdpowiedzUsuńMyślę, że w listopadzie już takich tłumów nie będzie. Zresztą, na pewno sama jeszcze w jakąś piękną niedzielę tu zaglądnę - dotąd nie udało mi się sfotografować moich ulubionych!
Zdemaskowałaś mnie ;)) Już myślałam, że każdy to uzna za zwykły sztafaż ludzki ;)
Ado miło Cię poznać wizualnie :) I żebyś wiedziała - jak ja się cieszę, że wróciłaś! Zachęcasz jak nikt inny!!! Wybierałam się i w otwartą sobotę i niedzielę, ale te kolejki ... zniechęciłam się... Teraz koniecznie wyskoczę w tygodniu, a może nawet jutro ;) Przydałby się tylko jakiś sensowny opis wystawy, bo nic a nic na ten temat nie wiem .
OdpowiedzUsuńElenuke - dziękuję za miłe słowa :) Cieszę się, że moja relacja może zachęcić do zwiedzenia Sukiennic - najchętniej opisałabym tutaj wszystkich moich ulubionych malarzy, a nawet tych nielubianych... ale wtedy nie wyszlibyśmy z Sukiennic przez parę miesięcy ;) A mam jeszcze w przygotowaniu dwie lub trzy muzealne relacje.
OdpowiedzUsuńElenuke, weź sobie w kasie biletowej taką książeczkę (w ostatnią sobotę były jeszcze gratis) opisującą wystawę "Galeria sztuki polskiej XIX w. w Sukiennicach". Zwięźle, ale bardzo sensownie - najważniejsze sprawy. Można też wypożyczyć audioprzewodnik, ale jakoś nie miałam na to ochoty, może innym razem. Jest też (może na Grodzkiej w taniej książce, albo na Brackiej) taka książeczka z serii Wielkie Muzea o zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie, na okładce "Dziewczynka z chryzantemami" Boznańskiej - bardzo polecam!
A najlepiej chyba bez przygotowania - wtedy otwierają się oczy na wiele innych, nieujętych w przewodnikach, wrażeń.
Czekam na Twoje wrażenia :)
Dzień dobry,
OdpowiedzUsuńmoże skuszę się na jesieni...
Widuję w Warszawie duże bilbordy zachęcające do odwiedzin i odnowionych Sukiennic i podziemi (pod Rynkiem?). Bardzo podoba mi się taka promocja jednego miasta w innym, bo nieraz szukamy fajnego pomysłu na weekend...
Tylko większy kłopot ze znalezieniem wolnego weekendu :)
Ja też pomyślałam o odłożeniu wizyty w tym miejscu na ... listopad :) Kto wie, może się spotkamy ... przypadkiem ... Pozdrawiam! E.
OdpowiedzUsuńMagdo - to prawda, że pomysłów na ciekawy weekend jest więcej niż wolnego czasu... nawet gdy mieszka się w Krakowie (lub blisko). Zwiedzanie podziemi Rynku na pewno będzie wielką turystyczną atrakcją. Tak wielką, że ja... raczej wybiorę się tam w lisopadzie :) Tym bardziej, że byłam już tam na podziemnym średniowiecznym Rynku, widziałam wersję roboczą ekspozycji i obawiam się, że ta może zawierać za dużą koncentrację efektów multimedialno-spektakularnych jak na mój zachowawczy gust. Zobaczymy.
OdpowiedzUsuńMEA - to więcej niż pewne - ile to już osób zapowiada wizytę w Sukiennicach w listopadzie? :) Spotkamy się tam wszyscy w jakieś listopadowe, niedzielne przedpołudnie, takie mam przeczucie :)
P.S. Przepiękne światło na fotografii z Bielan!
Dzięki Ado za relację i zdjęcia. Moim zdaniem Twoje fotografie tworzą klimat, który pomaga nam uzmysłowić sobie, (wyobrazić odczuć) to, co przeżywałaś ( i widziałaś) odwiedzając to nowe miejsce w naszym Krakowie, którego obejrzenia na własne oczy nie mogę się już teraz doczekać :)
OdpowiedzUsuńPoruszyłaś, i to dość wyraźnie, temat fotografowania w muzech i galeriach. Muszę przyznać, że również i mnie dość żywo on interesuje, bo każdą moją wizytę tamże staram się udokumentować za pomocą aparatu fotograficznego, więc kiedy jest to zabronione, to trochę boleję :(
Cieszyło mnie np. niepomiernie to, że można było fotografować w Luwrze, w londyńskiej Galerii Narodowej, w madryckim Prado... niestety, we florenckiej Uffizi trzeba to było robić ukradmiem i człowiek trochę czuł się tam jak... bez mała złodziejaszek :)
Jednak największym zaskoczeniem dla mnie, podczas mojej ostatniej wizyty w waszyngtońskiej Galerii Narodowej, gdzie - jak się okazało - pozwala się fotografować nawet... z flashem (a do tej pory byłem przekonany, że to szkodzi obrazom olejnym gdyż tak ostre światło "wybija" z nich pigment - i barwy po prostu bledną). Ale okazuje się, że można i tak.
PS. Mam nadzieję, że żadnego obrazu olejnego w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach nie umieszczono za szkłem.
Ave Amice! jeśli dobrze pamiętam łacińskie deklinacje :)
OdpowiedzUsuńDla mnie problem fotografowania jest również bardzo istotny - co prawda dopiero od ubiegłego roku, wcześniej nie miałam takich zmartwień. Jednak to prawdziwy bakcyl i coś na kształt uzależnienia, ale w takim bardzo pozytywnym sensie. Dla mnie to sposób, żeby utrwalić wrażenie, chwilę, fotografia daje mi (iluzoryczne) odczucie, że zapamiętany obraz, odczucie, radość zostanie na dłużej, choć przecież nic nie zostaje tak naprawdę i wszystko przemija. Ale taka iluzja jest potrzebna, nie każdy ma siłę Marka Aureliusza ;)
Ja w krakowskich kościołach czuję się jak Ty w Uffizi - bardzo bardzo niepewnie. Te pełne dezaprobaty spojrzenia!!! Niedługo chciałabym zamieścić zdjęcia z kościoła trynitarzy (czy raczej bonifratrów) na Kazimierzu, bo to dzieło Placidiego, na sklepieniach jest iluzjonistyczna polichromia, a poza tym najczęściej zamknięty i można wejść jedynie do kruchty (?). Ileż nerwów mnie kosztowało fotografowanie tam :)
Bardzo się cieszę, że moja relacja przybliżyła Ci tak odległe - choć odległość mierzona tylko w przestrzeni - krakowskie Sukiennice.
Żadne obrazy nie są za szkłem! Przynajmniej nie pamiętam takich - zapamiętałam fakturę, żywą powierzchnię płótna. W Muzeum Narodowym na wystawie malarstwa XX wieku, gdzie zaproszę moich czytelników następnym razem, jedynie kilkanaście prac jest za szkłem - to przede wszystkim pastele, rysunki z firmy portretowej Witkacego i wspaniałe kartony do witraży Wyspiańskiego. Nie znam się na tych kwestiach, ale zapewne właśnie ta technika wymaga większej ochrony. Natomiast flash jest absolutnie zabroniony w krakowskich muzeach - właśnie z powodu, który podałeś. Dla mnie flash za bardzo zmienia wygląd przedmiotów, żebym chciała go używać, próbowałam kiedyś w Jamie Michalika - coś strasznego ;)
Toteż ja nigdy w zasadzie nie fotografuję w galeriach z flashem (który zwykle wyczynia straszne rzeczy z kontrastem, eliminuje jakąkolwiek głebię czy kolorystyczne niuanse). Po prostu ustawim aparat (sensor) na wysoką czułość (np 1600) a później - ewentualnie - w Photoshoppie koryguję balans bieli (ciepło barw). Efekty nie są zachwycające (są to przecież zdjęcia robione "z wolnej ręki") ale... mimo wszystko zadawalające :)
OdpowiedzUsuńAmicus - ja bez Photoshopa rzecz jasna ciągle (jestem z epoki muzealnych kapci ;)) i oczywiście bardziej na wyczucie, ale już najczęściej na całkowicie manualnych ustawieniach - wtedy rzeczywiście można złapać więcej światła niż przy preselekcji przysłony, którą wybierałam wcześniej z lenistwa.
OdpowiedzUsuńMuszę poczytać coś o ISO i balansie bieli, teraz gdy mam troszkę więcej czasu. Dziękuję za wskazówki! W razie jakichś fotograficznych problemów już wiem do kogo się zwrócić :) Oczywiście nie nadużywając Twojej cierpliwości :)
Jak tylko wrócę do Krakowa, muszę odwiedzić Sukiennice. Zdjęcia piękne, mnie samej wielokrotnie sprawiają one problem, z jednej strony mój pokraczny aparat, z drugiej niewielkie zdolności w tej kwestii. W każdym razie Twój post wzbudził we mnie pragnienie szybkiego powrotu do Krakowa i podziwiania.
OdpowiedzUsuńCorrall - witaj!
OdpowiedzUsuńPrawda, że powroty do Krakowa są najpiękniejsze? Nie wiem, jak to jest - mieć to miasto na co dzień, ale wiem, że wracać tutaj to wspaniałe przeżycie!
Ciekawa relacja. Faktycznie tłumy duże. Trzeba mieć dobry wzrok, żeby zabaczyć coś zza pleców.
OdpowiedzUsuńDziękuję za odwiedziny! A tłumy już na pewno do tej pory mocno się przerzedziły - teraz pewnie oblegane są podziemia Rynku. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuń